Ponoć ten dzień był „najczarniejszy” w historii angielskiej chuliganki! Zapraszamy na relację dotyczącą starć przedmeczowych, tych w trakcie oraz fotogalerię.

Relacja kibica Wisły Kraków:

Ten mecz już długo wcześniej zapowiadał się interesująco. Układy na kadrze funkcjonowały w pełni – wyklarowały się dwa silne obozy, jeden skupiony wokół Arki/Lecha/Pasów drugi trochę bardziej rozbudowany ale nie tak silnie scalony to nasz w którym egzystować musiały ze sobą takie kosy jak Legia-Wisła czy Pogoń-Lechia. Bez wnikania w szczegóły nadmienię że na 3 miesiące przed tym meczem na gościnnych występach zaogniliśmy stosunki na linii my-Zagłębie Sosnowiec.
Po prostu w pewnym miejscu pomyliliśmy Ich z Legią i potraktowaliśmy nieulgowo. Myślałem, że na ten meczyk znajdzie się więcej chętnych ale, może z powodu środy i bardzo małej szansy obejrzenia meczu liczba nasza zatrzymała się na bodaj 35 osobach. W drogę do stolicy wyruszyliśmy z niezłym ekwipunkiem gdyż tego dnia mogło na nas czyhać wiele „atrakcji” a liczba nie była naszym atutem. Spodziewaliśmy się standardowej wojny na kadrze z Arką/Lechem i Cracovią, z tymi ostatnimi powinniśmy podążać jedną drogą więc czujność była wzmocniona.

Do tego jak już wcześniej wspomniałem spodziewać się mogliśmy próby zemsty ze strony Zagłębia Sosnowiec i Legii za wspomniane już wydarzenia. Bo na reprezentacji niby układ jest, ale historia często pokazywała, że jest to krucha „instytucja”. Autokar trafił nam się wyjątkowo luksusowy, wysoki, z toaletą, na 60 osób… Zresztą wystarczy powiedzieć, że dzień po meczu miał być środkiem podróży pewnego biura turystycznego do Hiszpanii. Tak więc podroż upłynęła świetnie, gdyż każdy miał niemal dwa miejsca dla siebie. Do tego kierowca był naprawdę równym gościem i nie uprzykrzał zbytnio życia. Jeszcze przed wyjazdem atrakcją stał się jeden z nas, do którego notabene teraz min skierowana może być flaga WIERNOŚĆ, który był tak głodny że pożarł naraz to co było pod ręką czyli… 3 kilo bananów i słoik musztardy… Na serio. Spodziewaliśmy się ze policja również tego dnia będzie czujna i postanowiliśmy dobrze schować nasze „przedłużacze rąk”. Z pomocą przyszedł kierowca, który w tym celu udostępnił nam toaletę (nam pozostały przystanki w lesie) i odkręcił od niej klamkę w razie wizyty policjantów w autokarze. Jadąc dostajemy telefony od Lechii, już przebywającej w Warszawie, że najprawdopodobniej odbędzie się tego dnia ustawiona walka z angielskimi chuliganami. Nie powiem większość z nas była podekscytowana tym faktem, gdyż taka gratka nie zdarza się na co dzień, a do tego skonfrontować swe siły mieliśmy z najsłynniejszymi przecież chuliganami w Europie. A wiadomo, że na takim sprawdzianie każdy chciałby wypaść jak najlepiej. Tak więc pełni nadziei zbliżaliśmy się do Warszawy. Już kilkadziesiąt kilometrów przed nią pokazał nam się 100 metrów przed nami policjant z lornetką, po oblukaniu zapewne naszych rejestracji wyjął lizaka (nie słodycze oczywiście) i nakazał zjazd na pobliski parking.


Tutaj naszym oczom ukazał się trochę przygniatający widok, kilkanaście radiowozów i full gadów. Oczywiście wysiadka, rewizja nas i autobusu. Na pytanie o toaletę i brak klamki kierowca skwitował, że jest awaria i nie da się otworzyć itd. Uwierzyli = kamień z serca. Pewnie gdyby nie pomoc kierowcy już tam zakończylibyśmy podróż tego dnia.
W końcu psy się odpierdalają i jedziemy dalej. W Warszawie kierujemy się we wskazane telefonicznie miejsce. Ponieważ nie do końca wierzymy w to, że do walki dojdzie, nie do końca wiemy gdzie jesteśmy i nie chcemy robić przypału sprzęt zostaje w autokarze. Spotykamy się z chłopakami z Młodych Orłów (Lechia) oraz Teddy Boys (Legia), jest jeden gość ze Śląska Wrocław (grali tego dnia jakiś mecz i dlatego ich nie było). Okropnie zdziwił nas to, że było w Warszawie Zagłębie Sosnowiec, Pogoń Szczecin i Widzew Łódź, a nie byli na miejscu zbiórki. Nie wnikam czemu do umówionej liczby około 100 osób własnie zakwalifikowano nas, a nie ich. Liczbowo rozkład sił wyglądał mniej więcej tak, że nas było 35, a Lechii i Legii było po około 40 może ciut więcej osób. Kierowani przez Legionistów przemieszczamy się do Parku Saskiego.
Tam czekamy na Anglików tocząc rozmowy z niektórymi Warszawiakami (choć z większością omijamy się szerokim łukiem i spojrzeniami spode łba). Opowiadają wydarzenia ostatniej doby dla nich ten mecz zaczął się już dzień wcześniej i od tamtej pory na Starówce, co rusz dochodziło do spięć między angielskimi „lads” a polskimi chuliganami. Dowiadujemy się, że angielska grupa do bicia została zaopatrzona w wydrukowane mapki ze wskazaną droga do miejsca konfrontacji.
Jak już wcześniej wspomniałem nie za bardzo do końca jeszcze wierzyliśmy, że wszystko dojdzie do skutku oraz jako „persona non grata” staliśmy trochę z boku. Nagle coś zrobiło się ciemno, stojąc na skraju parku widzimy wychodząca z niego „ławe” typów. Rzut oka i wiadomo angole, krótkie spodenki, koszule na wierzchu lub przewiązane w pasie, niektórzy w łapach sprzęt a niektórzy browar. Inny styl chuliganki niż polski. U nas raczej typ, że tak to nazwę sportowy – każdy rozgrzewa stawy, mięśnie. No, ale tak jak napisałem, od Angoli robi się ciemno.

Wysuwają się niczym cień z parku, na pewno było ich więcej niż 100 (nas zresztą też), oceniam ich na mniej więcej 150 osób. Pierwsze linie obu grup już nawiązują bezpośredni kontakt, jak na filmach historycznych pierwsze skrzyżowanie mieczów, w tym wypadków noży dwóch Angoli z dwoma Polakami (wielkimi od jodu ).
Angole w szoku, gdyż gabaryty wśród Polaków naprawdę spore, a przecież dla nich jesteśmy egzotyką, nic o nas nie wiedzą i taktuję zapewne jak my Rumunów czy Ruskich. Opisywane psychologiczne pierwsze skrzyżowanie zdecydowanie na korzyść Polaków, my jako że staliśmy z 30 metrów dalej dobiegamy do linii frontu.
Widać w oczach Anglików zawahanie. Jak wyszli z parku rozbujani, pewnie siebie, idący po łatwe zwycięstwo (jak zawsze w całej Europie), tak Ci z dalszych szeregów stanęli wryci i pokazali chwilę słabości. I to był ich błąd. Zgrało się to wszystko w sekundę z naszym wbiegnięciem w nich i zaczęło się k…a … braveheart 🙂
Angole z wyjątkami biorą odwrót, wyjątki próbujące walki są od razu torpedowani…lądują na glebie. Może jestem kurcze troszkę zboczony, ale wyglądało to świetnie… Goście stojący do nas twarzami, czyjś wyskok, kop w ryj i syn Albionu na glebie. Oczywiście zaraz nad gościem wiruje kilka osób, by wykluczyć go z dalszej potyczki.
Peleton podąża na wskroś przez park za stadem Anglików. Ci topnieją, grupki próbują podjąć walkę za każdym razem przegrywają je i pozostają na trotuarze, jak nazwałby to Warszawiak. Nie mam pojęcia ile to trwa gdyż w takiej sytuacji człowiek jest w lekkim amoku i szczerze pisząc nie za bardzo się kontroluje.
Anglicy wylatują z parku z drugiej strony i przebiegają przez skrzyżowanie z torowiskiem. Na końcówce parku obracają się by spróbować jeszcze walczyć.


Słychać policyjne syreny. Legioniści powoli się wycofują słysząc to, zostajemy niemal samą Wisłą, kilku z Lechii i Legii. Nie, że jesteśmy jakieś kozaki, ale nawet nie znamy terenu i wolimy zostać w grupie niż się rozbiegać. Teraz spięcie z Anglikami na pasach, angole wykorzystują swoje stanowisko na torowisku i leci na nas grad kamieni. Z naszej strony to samo. Patrzę, a koło mnie stoi kolo w koszulce piłkarskiej jakiegoś angielskiego klubu. W amoku nikt dokładnie się nie przyglądał, a się okazuje, że kilku nie mających sił uciekać stoi między nami. Ładuje gościowi się z butem na klatkę i facet ląduje na glebie, jeszcze strzał, by przygnieść go do gleby, ale nie ma za dużo czasu, gdyż kamory świszczą wokół i odbijają się od chodnika.

Już widać radiowozy, podnoszę głowę i widzę podobny jak w moim przypadku widok, kilku Angoli na glebie i chłopaki nad nimi. Ale teraz gdy zagrożenie z strony psów stało się już widoczne, nerwy puszczają wszystkim i się rozbiegamy po kilka/kilkanaście osób. Na szczęście trafiam do grupy z jakimś Legionistą, który dobrze zna rewiry i prowadzi nas w jakieś bezpieczne miejsce. Nie znam się na geografii naszej stolicy, ale Kolumnę Zygmunta poznam. Pod nią lądujemy.

Idzie jakiś chłop w koszulce piłkarskiej klubu Wysp. Krótki pokaz elokwencji i językoznawstwa „where are you from?” „…yyyy….” „where are you from!?” „i’m from Germany…Bremen” chwila zawahania po czym koleś z Krk, któremu widać szok bitewny jeszcze nie spadł odpowiada „na pewno k…a” i nokautuję gościa najlepszym ciosem łbem w pysk jaki kiedykolwiek widziałem… Angol leci do tyłu z dwa metry i udaje nieżywego. Idziemy dalej, ale tych Angoli wokół sporo… Ale większość unika spojrzeń, to nie ci od mocnych wrażeń, a że Wyspiarzy tego dnia przybyło chyba z 2 tysiące to są na każdym kroku. Nie lejemy już nikogo, trzeba się dostać pod stadion. Kierowani nadal przez Legionistę tułamy się jakimiś tramwajami, autobusami. Widać kursujące radiowozy i przyglądających się psów z nich, już wiedzą o awanturze w Saskim.

Rozdzielamy się na jeszcze mniejsze grupy. Gdzieś w centrum cumuję z jakimiś typami z Wawy, Gdańska i Krk na obiadku. Teraz letarg i sielanka, czas ukoić nerwy, rozmowy w knajpce z sympatycznymi Warszawiankami, piwko i tego typu uspokajacze. W końcu spotykamy się większą grupką i udajemy się pod stadion. Legioniści w drodze informują nas, że bardzo cięte jest na nas sosnowieckie Zagłębie. Trochę ciężko, by w tej chwili jesteśmy porozbijani na grupki. Trafiamy do jakiegoś parku w okolicy stadionu, przechodzimy nim i mijamy grupkę Zagłębia i Legii. Kolesie z Zagłębia wyglądają naprawdę konkretnie. Krzywe spojrzenia, ale do niczego nie dochodzi… Być może łagodzi sytuację obecność z nami typów z Lechii i u nich chłopaków z Legii. Zaraz mijamy Widzew, Motor, rozmowy ze znajomymi z całej Polski… W czasie tych wszystkich meczów repry znamy się już z gościami z tych ekip osobiście. Ciągle oczekiwanie na Triadę (Arka-Lech-Cracovia), ale i nieustające opisy przeżyć sprzed kilku godzin z parku. Każdy opisuje jak to widział ze swojej perspektywy, każdy dodaje nowe szczegóły, informacje prasowe powoli docierają do nas… Kilkunastu angoli rannych w tym kilku ciężko… Kilku pociętych kosami.
Oczywiście podejrzenie pada na nas, ale daję sobie łeb uciąć, że to nikt od nas… Wszystko bowiem zostało w autokarze… My do końca nie wierzyliśmy, że będzie ta ustawka. Bilety na mecz ma chyba tylko 6-8 osób od nas. Legia proponuje jakieś fałszywki, kserówki, drogie oryginały itp. Stwierdzamy jednak, że chuj ze stadionem, oglądnijmy mecz w jakiejś knajpie przy piwku. Ci co mają iść na mecz id,ą a my ładujemy się na chwilę w autokarze i odpoczywamy. Krótki przegląd okolicy w poszukiwaniu knajpy z telewizorem zakończony niepowodzeniem. W końcu wpadamy na pomysł najprostszy z prostych… Przecież mamy TV w autokarze. Parkujemy z 200 metrów od stadionu (jak się idzie od Powiśla zawsze na Legię to mijając krytą skręca się w lewo nad kanał i sektor dla gości, my staliśmy z 50 metrów dalej w przód).

Zapraszamy do środka kilkunastu chłopaków z Polonii Bydgoszcz, którzy również kręcą się bez koncepcji wejścia na stadion. Muszę przyznać, że jak na tak nieznaną grupę charakteryzowali się naprawdę imponującymi gabarytami. Popijamy piwko, oglądamy mecz, gadamy z Bydgoszczanami, a doping i odgłosy ze stadionu mamy na żywo tuż obok (wyłączamy w ogóle głos w TV). W pewnym momencie ze stadionu słychać szum, wrzawę i po chwili TV pokazuje spięcie między sektorami Anglików i Polaków. W centralnym miejscu sławna czerwona flaga Wisły. W pewnym momencie znika, a my dostajemy kurwicy, bo myślimy ze zdobywają ją Anglicy. Między sektorami widać latające race. Musimy dostać się na stadion. Mam pomysł, gdyż dwa lata wstecz wbijałem się na Żylete od tyłu w kilka osób przez jakieś garaże na mecz Polska-Węgry. Niestety opisywałem już naszą miejscówkę a wobec tego, że była położona tuż za sektorem Anglików powitało nas chyba z 300 psów i zapory z barierek oraz szaleniec na koniu (standard w WuWuA). W takiej liczbie jaka prezentujemy (40 osób) nawet nie ma się co ośmieszać. Rezygnujemy z próby dostania się na stadion. Na szczęście okazuje się, że flaga Wisły jest w rękach Wiślaków, na stadionie uspokaja się i mecz dobiega końca. Jedziemy pod Źródełko (knajpa Legii), gdzie przychodzą ekipy z całej Polski. Legioniści po telefonicznych rozmowach z Anglikami przekazują, że synowie Albionu rozdrażnieni przed meczową porażką chcą rewanżu. Pada propozycja miejsca – pod Pałacem Kultury, Angole będą szli na Centralny, a my mamy gdzieś czekać. Udajemy się tam i parkujemy autokar z drugiej strony Pałacu. Przy głównej trasie jest sporych rozmiarów ogródek z krzesłami itp itd. Siedzimy sobie popijając piwo, dozbrajając się, jedząc i obserwujemy zjazd innych ekip z Polski.
Tutaj już dokładnie nie mogę stwierdzić jakie kluby były bo ciemno było jak skur… Było już coś koło 23-ej. W końcu słychać, a wręcz czuć zbliżający się tłum Angoli.
W ciemnościach nic nie widać ale słychać wrzaski i śpiewy. Muszę przyznać, że o ile przed meczem organizacja była super o tyle teraz było więcej chaosu, trochę się niepokoiłem o wynik tej potyczki.Tym bardziej, że nie znamy nawet liczby Angoli, a jak idą k…a wszyscy? 2000?


Jednak tym razem policja była szybsza, na nieszczęście dla Anglików. Kaski wpadają do naszego ogródka i wymiatają nas na chwilę z niego. Gdyby Angole wpadli chyba, by wygrali. My po chwilowym wycofaniu, dozbrajamy się i wracamy, gdyż trasą przed ogródkiem właśnie maszeruje kilkuset Angoli.
Nie wiem jak się zaczęło, ale psów już tutaj nie było, a jak wpadłem na ulicę już wszystko się działo… Ekipy z Polski z ciemności wskakują na Angoli z boku i z tyłu. Ci w szoku. Krótkie walki spowodowane tym, że wpadamy bezpośrednio w ich watahę ale, ogólnie Anglicy dra zelówy na Centralny, który mają ze sto metrów przed sobą. Nie wiem, co się działo na początku ich peletonu, ale domyślam się, że
poszła panika i uderzyli w tych psów, którzy nas wcześnie wymietli z knajpy i teraz szli przed Anglikami z przodu. Widok był taki że go nie zapomnę do końca życia.
W ruchu był cały sprzęt ogródkowy i knajpy. W końcu znów lecą psy i trzeba się zmywać albo grać głupa. Jako, że autokar mamy 30 metrów dalej nam pozostaje kleić głupa. Widzę kilku stojących gości z tobołami i przyglądających się całej bitwie z boku. Podbijam do nich i udaję, że stoję z nimi. „szto eta ?” słyszę (ooo goście zza wschodniej granicy) goście z wybałuszonymi oczami patrzą na mnie oczekując, że im nie wiem, co oznajmię, że trzecia wojna światowa czy co? Odpowiadam „eta tolka futbol miacz … Polska-Anglia.
1
  • NaStadionie

Kiwają ze zrozumieniem i dalej stoją w szoku nie wiedząc, co sobą począć. Ja za to wiem, opuszczam ich i widząc, że psy wracają do swoich podopiecznych Anglików, udaję się do autokaru. Nie muszę dodawać, że po takich wyczerpujących wydarzeniach zjadłbym konia z kopytami i wypił beczkę piwa. Na szczęście okazuje się, że dosłownie 10 metrów obok naszego autobusu stoi taki autobus unieruchomiony przerobiony na całodobową jadłodajnię. Zaszyci w ciemnościach autokaru (nie świecimy świateł, by nie zwabić psów, których mnóstwo stoi 100 metrów od nas chroniąc dojścia do Centralnego) wychodzimy po 3-4 osoby do „restauracji” i wracamy z zakupami. W ten sposób możemy oglądać bezpiecznie manewry psów, pożywiając się przy okazji. Nie odjeżdżamy jednak, gdyż Legioniści informują nas (a jest już koło północy), że jest jeszcze grupa anglików chętna na kolejny rewanż znów w Parku Saskim. Mediacje jednak z Anglikami przedłużają się o wiele za długo, owszem może i dla Legionistów to był kąsek, bo byli u siebie w mieście, ale dla nas poruszanie się takim autokarem po nieznajomych terytoriach w środku nocy w chwili, gdy setki policjantów trzepią miasto w poszukiwaniu takich jak my to już za duże ryzyko. Do tego dochodzi zmęczenie całym dniem i zaczynają się dywagacje czy jest sens jeszcze zaczekać oraz tłuc się w parku nocą (to byłby już zupełny hardcore). Powoli przeważa opinia o bez sensie takiego czegoś. Do tego rozmowy między stronami coś się nie kleją. W końcu ulegamy namowom kierowcy, który jak już wspominałem następnego dnia miał tym samym autokarem zapieprzać do Hiszpanii, udajemy się w drogę powrotną do Krakowa.
Wraz z nami wraca dwóch Wrocławian, którzy nie mają czym wracać, a i wizyta na centralnym nie była wtedy dobrym rozwiązaniem. Byłem tak zmęczony a miejsca było tak dużo, że usnąłem chyba nim jeszcze wyjechaliśmy ze stolicy. Wszyscy zresztą chyba popadali jak muchy. Gdy się obudziłem szok, gdzie my k…a jesteśmy? Spodek!
Dopiero po chwili doszło do mnie, że kierowca okazał się naprawdę gość i podwozimy chłopaków ze Śląska do Katowic, gdyż z Krakowa nie mieli dobrych pociągów. Znów zasnąłem, a gdy się obudziłem to było już jasno, a my dojeżdżaliśmy do hali Wisły gdzie zaparkowany miałem samochód. Powrót do domu w chwili, gdy rodzice wychodzili do pracy, standardowe pytanie „O KTÓREJ MIAŁEŚ BYĆ ?!?!” (przed wyjściem twierdziłem, że koło północy), ale już po chwili spałem jak niedźwiedź.”

Źródło: wykop.pl

Share This